Być czy „być”?

Możesz być kim chcesz! Po co aprobować siebie takim, jakim jesteś – stwórz siebie na nowo!

Masz przed sobą 2 procesy – stwarzania siebie na nowo i odstawania się tym, kim jesteś. Pomyśl – co ma po Tobie zostać po Twojej śmierci, a potem dopasuj siebie do tej wizji! Jakie ciało ma osoba, którą chcesz się stać? Jakie są jej wartości? Jacy są jej znajomi? Do jakich miejsc chodzi i z kim przebywa? Potem już tylko jak na klasycznym obrazku dla dzieci – znajdź różnicę między tym, kim jesteś teraz, a tym kim „się staniesz?” A następnie wystarczy, że staniesz się tym, kim chcesz być. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Jasne, czeka Cię z tym trochę pracy, jednak jeśli tylko chcesz, możesz być kim tylko sobie wymarzysz!

Na wpis o takim wydźwięku trafiam przy porannej kawie. Jest to wpis jednego z bardziej znanych trenerów w branży rozwoju osobistego, który faktycznie – stworzył siebie na nowo i ze smętnej, nieco otyłej osoby bez ambicji stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych trenerów i zdaje się też mówców motywacyjnych.

Wydaje się to takie realne, w końcu jemu się przecież udało! Początek mojego rozwoju tak właśnie wyglądał. W końcu oto nadeszło do mnie poczucie sprawczości! Ja sama jestem odpowiedzialna za swoje życie! Koniec z wyuczoną bezradnością, koniec z deprechą, koniec z siedzeniem w ciasnym boksie mojej strefy komfortu! Nareszcie – nie muszę być sobą, mogę być kim tylko chce! Pochłaniałam rozwojowe książki na kilogramy – jak się motywować, jak być bardziej efektywnym, jak budować wizerunek, jak wpływać na otoczenie, jak się dobrze prezentować, jak zarządzać czasem, jak być szczęśliwym, jak robić jeszcze więcej. Nie zaczynałam dnia bez listy, popychałam do pracy w biurowych kiecach, nauczyłam się technik makijażu i nie wychodziłam bez niego z domu, w moim grafiku nie było miejsca na rzeczy bezproduktywne, wiedziałam, że będę mieć perfekcyjny dom, że będę perfekcyjnie wykonywać swoje obowiązki i wtedy Szef mnie dostrzeże, wszystko będę robić tak, jak trzeba, mam w końcu na to techniki. „Nierozwojowi” znajomi jakby nie byli już tacy fajni, no bo to takie bezproduktywne tak tylko siedzieć i gadać. W końcu będę normalnym członkiem społeczeństwa, w końcu ludzie mnie docenią, w końcu nie będę się szarpać ze swoim poczuciem nieadekwatności, zhomogenizuję się ze światem.

I wiesz co? Myślisz, że mam ten perfekcyjny dom i idealną pracę? Nie. Bo mi to niepotrzebne. Jedną z najważniejszych lekcji rozwoju, i w ogóle życia, było to, że jedyne, czego potrzebuję to być sobą. Tak naprawdę cały mój rozwój był mozolnym dochodzeniem do siebie i samoakceptacją. Owszem, nie jestem ideałem piękna, nie mam nylonowych zębów, nie chce mi się malować a wyciągnięte dresy to moje drugie imię i jestem podobno dość pociesznym i zabawnym z natury bytem. Daleko mi do dziewczyn z okładek, ale zrozumiałam jedną rzecz – że jedni są piękni, a drudzy piękno tworzą i ja należę do tej drugiej kategorii. I wielu ludzi w jakiś sposób to cieszy – cieszą się z zupy, cieszą się z własnoręcznie wykonanej bransoletki, której nie dostaną w sklepie, cieszą się ze śmiesznie napisanego statusu na fejsie – a o to przecież w końcu chodzi – sprawiać ludziom radość ;) Czytam też dużo książek i zdarza mi się użyć „mądrych słów” – i jest mi z tym dobrze, bo literatura poszerzyła moją percepcję rzeczywistości, dała mnóstwo frajdy i boję się, że bez niej moje życie mogłoby być zupełnie zamknięte na takie kanały jak kultura, czy sztuka. Owszem, zdarza mi się też jeszcze słuchać infantylnych punkowych piosenek – i gdyby nie te infantylne punkowe piosenki nie miałabym pewnie świadomości tego, że są w tym świecie sprawy, o które warto aktywnie walczyć, że istnieje coś więcej, niż ja i mój mały światek, że świat jest złożony i szalenie różnorodny. „Naszą Bronią Jest Słowo” śpiewał Włochaty, miałam wtedy 16 lat, ale to właśnie te słowa we mnie zapadły, są częścią mnie i był to mój pierwszy świadomie wybrany system wartości, z którego wiele zostało we mnie do dziś.

Fajnie jest znać te wszystkie techniki, bo faktycznie czasem ułatwiają życie, chociażby makijaż szybciej robisz, ale czy naprawdę serio, jesteś w stanie stać się odhumanizowanym produktem społecznych oczekiwań? Serio jesteś w stanie zrezygnować ze swoich wartości? Z przyjaciół? W imię czego? Sukcesu? Pieniędzy? Co u licha może być ważniejsze od tego, kim ty sam jesteś, co sobą reprezentujesz i jak się przejawiasz w świecie? Jesteś w jakimś sensie produktem wychowania swoich rodziców, środowiska, znajomych ze szkoły, zainteresowań – i co? Odetniesz się od przeszłości, od tego w o wierzysz w imię jakiejś Kreacji, która nie jest tobą? Nie wierzę, że człowiek w swej strukturze byłby w stanie porzucić to wszystko – wartości, poczucie tożsamości, wszystko w co wierzy  i być spójny ze sobą.

Doceń w końcu u licha to kim jesteś! Każdy z nas jest inny, ale czy fajnie byłoby żyć w świecie pełnym klonów? No chyba nie bardzo. Jesteś przez tą inność wyjątkowy i nie musisz tworzyć jakichś nowych siebie – jedyne do czego jesteś zobligowany, to aby wydobyć to, co już jest w Tobie piękne.

Przypomniał mi się taki cytat z Jonnathana Carrolla: „Świat niczego od ciebie nie potrzebuje, ale ty musisz mu cos dać. Dlatego żyjesz. Jeśli się teraz zabijesz, udowodnisz, że większość ma rację – niczym się nie wyróżnisz od miliardów innych czaszek, które leżą pod ziemią. Jeśli dasz coś światu, nawet nietrwałego, wygrasz”. Ten cytat to ma być taka metafora, że tworząc siebie po grzesiakowemu zabijasz prawdziwego siebie.