Nylonowe subiektywne zęby rozwoju osobistego

Coś się popsuło, piszą Smutni Trenerzy Rozwoju Osobistego, coś się popsuło i się faktycznie popsuło.
Rok 2011, upalny czerwcowy wieczór. Spotykam kolegę niewidzianego od lat, próbuję uciec, bo nie chcę interakcji, bo moje życie to teraz praca i książka. Introwertyzm absoluny. Woła. Nie udało się. Wie, że lubię czytać, pożycza mi książkę. „Biblię NLP”. Czytam. Czytam w dzień, czytam w nocy, czytam przy porannej kawie, czytam w pociągu, czytam w jakimś domku nad morzem, nie mogę się odessać. Połowy nie pamiętam, ale i tak czytam, raz, drugi, piaty. Potem przyszedł czas na Robbinsa i książkę o wybitnie głupim tytule „Obudź w sobie olbrzyma” – nieważne. Czytam, wsiąkam. Zachłystnęłam się. Jestem w rozwoju.

Latam – na skrzydłach gołębicy – od szkolenia do szkolenia, od rozwojowego arta, do rozwojowego arta, od książki do książki i chłonę, chłonę, oddycham rozwojem i rozwój płynie w moich pulsujących rozwojem żyłach, chodzę po mieście pokryta rozwojem i wiem, że znalazłam odpowiedź na wszystko, na całą ontologię, zapatrzona w przystojnych, rozwojowych trenerów o nylonowych zębach, piękne rozświetlone sale szkoleniowe i uśmiechniętych ludzi tryskających pozytywną energią. Beletrystyka poszła w kąt.
„A potem coś się stało, prawda? Te lwowskie przestrzenie melancholii pełne…”
Teraz modlę się, żeby nikt mnie nie zaprosił na szkolenie, bo wolę posiedzieć na tarasie rozkoszując się słońcem, a jak widzę kolejny art o motywacji, albo budowaniu wizerunku, to mi się niedobrze robi. Może jeden, dwóch, trzech trenerów trzyma fason odnośnie poziomu refleksji, może mam polajkowane złe blogi – wcześniej widziałam w tym jakiś sens, teraz widzę ino miałkość egzystencjalną. Tak naprawdę ci wszyscy ludzie tak samo walczą z niepokojami egzystencjalnymi, niskim poczuciem własnej wartości, neurotycznością, kompulsami i innymi demonami wpisanymi w naszą kulturę.
A ja wolę jednak poleżeć na tarasie, w szczęściu i w zgodzie ze sobą, wolę jednak imponować sobie, a inwestować w ludzi, którzy są dla mnie ważni i prawdziwi. Wszystkie odpowiedzi są we mnie. Nie mam ambitnej pracy, nylonowych zębów i garniaka, ale mam życie, w którym się spełniam.
Jak to się stało? Jak teraz wyjaśnić wszystkim, że już nie ma ontologii?

Za moich rozwojowych czasów większość trenerów miała jasne tła na zdjęciach profilowych, białe koszule i nylonowe zęby i ja też chciałam mieć ładne tło, białą koszulę i nylonowe zęby, ale okazało się, że źle mi w białym. I to był tak wyidealizowany wizerunek, że kiedy patrzyłeś na niego, czekałeś kiedy to zdjęcie zacznie pękać – bo czy jedno zdjęcie jest w stanie znieść tyle boskości i idealności? To było wręcz nierzeczywiste.

Tylko te nylonowe zęby naprawdę zaczęły pękać. Zaczęło się niewinnie, a ja tak bardzo chciałam być ślepa, tak bardzo chciałam chodzić po mieście pokryta rozwojowym werniksem. Jakieś 2 miesiące po pierwszym zachłyśnięciu trafiam na dyskusję na profilu jednego z trenerów, gdzie bodaj trójka z nich, tych idealnych, nylonowych trenerów obrzucała się błotem, co kto ma za uszami, publicznie. Pierwszy dysonans poznawczy. Pierwsza rysa na nylonowym zębie. Potem się okazało, że zanim poznasz rozwojowca, wiesz już o nim wszystko „wiesz, on zrobił to i to i to, ma wiele do przepracowania, ale jest fajny”. Ta druga rysa okazała się już mocniejsza, bo uderzyła w moje sprawy prywatne, pół nylonowego zęba odpadło, ale wizerunek trenera jeszcze całkiem sensowny się wydawał, więc zostałam przy ołtarzu, aż przyszło mi któregoś dnia do głowy, że to biznes jak każdy, że ręka rękę myje że te wszystkie uśmiechy i pozytywna energia to chyba nie do końca to, co myślałam. To był już gwóźdź do nylonowej trumny. Kontakty się poluzowały, od czasu do czasu dostaję zaproszenie na szkolenie, z nieliczną garstką ludzi, z którymi się naprawdę przyjaźnię, przyjaźnię się do dziś, ale to człowiek, nie rozwój jest moim przyjacielem.

Nie zrozum mnie źle, rozwój wyciągnął mnie z deprechy i jakiejś czarnej dupy i ogólnie bardzo cenię sobie stan totalnej fiksacji, absolutnej pasji i bezkrytycyzmu na każdym etapie mojego życia i uważam, że warto było przeżyć tę fascynację, całe to nakręcenie, haj szkoleniowy. Mam zresztą faceta, szczęśliwe życie, introwertyzm poszedł w kąt i objawia się z rzadka łóżkiem i książką, wróciłam do beletrystyki i innych pasji – na jakimś poziomie rozwój rzeczywiście pomaga. Tylko po prostu nie jest receptą na wszystko. To był ten moment, ten czas, teraz rozwój we mnie jest jak stara wylinka, spełnił swoją rolę, zrozumiałam czego potrzebuję, czas iść dalej. I tylko Hłasko pisał, że najbardziej cenimy tych ludzi i te rzeczy, od których los każe nam odchodzić, nieraz na zawsze – a tu taka muka.

My, rozwojowcy – ze zbudowanym wizerunkiem, motywacją i nylonowym zdjęciem z jasnym tłem – nie spotykamy się teraz na w przestronnych oświetlonych salach szkoleniowych u trenerów o nylonowych zębach, spotykamy się przypadkiem, przelotnie, w deszczowe dni, w ciasnych zatęchłych korytarzach ciemnych dzielnic tego miasta, pomalowanych zieloną farbą olejną. Spotykamy się na terapiach. Leczymy swoje połamane dusze w zaiste Hłaskowych klimatach.