Szczęście z katalogu

Wszystko dziś musi mieć konkretny sprecyzowany cel metodą smart. Trzeba osiągać sukcesy, piąć się po trzeszczących szczeblach kariery, zdobywając coraz to nowsze metki socjalne, tytuły, odznaczenia i ordery, warsztatowe certyfikaty na szczęście, dyplomy wysokich kompetencji i wysokie obcasy poczucia wartości…
Dziś samochód staje się Twoja wizytówką tak samo jak fryzura i złote oprawki okularów, dzięki którym stajesz się bardziej inteligentny, zegarek kupiony w leasingu i buty oraz neseser z langusty, do kompletu żona z katalogu top modelek z uśmiechem z salonu dentystycznego na szpilkach wysokich jak Empire State Building, dzieci wypożyczone prosto z castingu do reklamy familijnej gdzie obraz rozradowanej rodziny rozrywa serce ludzi na zasiłku, gdzie gromada matek stoi w kolejce do castingu ze swoimi pociechami czekając na swoje marzenia, by dziecko stało się biletem na pociąg do Hollywood…
Na facebooku obowiązkowo dużo zdjęć z tropików i ścianek ze znanymi metkami perfum, zdjęcia porannego posiłku dostarczonego przez znana firmę cateringową, wyliczone co do miligrama, spożywane kalorie które wraz z personalnym trenerem wybuduje perfekcyjne ciało błyszczące w słońcu lazurowego wybrzeża, wakacyjny jacht a w tle wianuszek kobiet z katalogu tam gdzie zakupiono żonę… niekończący się pościg za obrazem i wizerunkiem, który jest zaprogramowany i wpojony, jako iluzja szczęścia i bogactwa. Jeśli to osiągniesz będziesz bogaty i szczęśliwy, obietnica szczęścia na kredytowe raty za 30 lat to będzie Twoje zobaczysz, świat stoi otworem, musisz tylko ciężko pracować.
Ciężko dogonić taki wizerunek, jeśli życie daje ci po dupie, a proza zycia wygląda jak Twoja lodówka w ktorej masz pasztet, keczap i trochę chińskich zupek, gdzie niespłacony kredyt już puka do drzwi wraz z pachnącym strachem monitem… mieszkasz w wynajętej kawalarce w dużej aglomeracji gdzie wszystkiego jest za szybko, za dużo  i za głośno, za anonimowo. Cale życie mieszkałeś wśród szumu drzew  i ciszy, miedzy ludźmi którzy wiedzieli o Tobie prawie wszystko, gdzie czas mierzy sie zbiorem kartofli i opadającym liściem, gdzie dzień długi jak warszawski tydzień, gdzie powietrze pachnie życiem i ziemią…. i teraz to dostrzegasz ze w pogoni za katalogowym szczęściem utraciłeś swój zielony raj pachnący mlekiem i sianem, z połamanymi grabiami, sypiąca się stodoła, szczekającym, co chwila psem, porannym kogutem który obwieszcza narodziny dnia, i ojcem co całe życie narzekał na Sołtysa i sąsiada Staśka ze mu pasa krowy na jego łące….  a tu wyglądasz przez plastikowe okno na sznur samochodów i ludzi zaplatanych w swoje myśli… i okazuje się że iluzja szczęścia która obiecywali w dużym mieście, to zwyczajny ścisk w tramwaju o ósmej rano, anonimowość na każdym kroku, robotyzacja i oschłość emocjonalna liczona minutami do lanczu, gdzie do każdych świateł podbiegasz bo to są ostatnie światła w tym roku, do każdego autobusu gnasz na złamanie karku bo następnym jest za poł roku, gdzie w pędzie za pieniądzem zapominasz o sobie i tym co najważniejsze… o zapłaceniu raty za samochód który staje się Twoja wizytówką tak samo jak fryzura i złote oprawki okularów dzięki którym stajesz się bardziej inteligentny…

jeśli teraz myślę o konkluzji, to wyglądała by ona mniej więcej tak:
Warto szukać swojej drogi i być jej świadomy, i warto grać w grę zwanej życiem, znając jej reguły.