Kto właściwie zdradza i dlaczego?

Moim zdaniem skrajni egoiści zdradzają, ludzie zaburzeni, nie świadomi siebie, narcyzi, egoiści, ludzie pozbawieni wyższych uczuć, nie zdolni do prawdziwej miłości, którą pomylili z zauroczeniem, albo od początku byli wykalkulowani i manipulowali człowiekiem który oddał im serce (choć powód jest ten sam właściwie), licząc tylko na własne korzyści czy to materialne czy emocjonalne np wypełniając swoje deficyty samotności, emocjonalnej pustki czy haju emocjonalnego kimś innym, (wcześniej Tobą).

Ludzie zamrożeni emocjonalnie i niedojrzali emocjonalnie, bez poczucia winy, wstydu, ludzkiej przyzwoitości, bez empatii, bez skrupułów, manipulanci – związek jako czysta kalkulacja zysków i strat. Słowem bardzo źli, nieuczciwi i chorzy ludzie zdradzają, bez względu czy to zdrada emocjonalna czy fizyczna, jedno i drugie jest tak samo obrzydliwe i wstrętne i mocno rani zdradzanego, uderzając w jego poczucie wartości, zaufania do innych, nawet do siebie samego, wyrządzając ogromne starty emocjonalne, uczuciowe, burzą ład i porządek, spokój, powodują nawet przewlekłą depresje. Konsekwencje są naprawdę bardzo poważne…ale takim egocentrykowi czy narcyzowi to w niczym nie przeszkadza.

Ja zawsze takim ludziom co zdradzają życzę by do swego życia przyciągnęli tak samą obrzydliwa osobę jak oni sami, bo może wtedy zobaczą kim są, na zasadzie lustra….i chyba tak to właśnie wygląda, bo ten co świadomie wchodzi w taką relacje (zdrady), jest tak samo nieuczciwy i chory jak ten co zdradza, i na takim fundamencie nie zbuduje się nic trwałego i wartościowego, a jak dorzucimy np do tego ogromną dysproporcje wieku np jedno 20 lat drugie 50 lat to mamy dysfunkcyjny układ, gdzie właściwie dziecko zakochuje się we własnej matce (albo odwrotnie), czyli mamy tu typowy dla Junga kompleks edypa ( dziecko ma lub miało z matka lub nadal ma bardzo złą relacje i ma deficyt matczynej miłości, wiec widzi w partnerce (w wieku 50 letniej matki) matkę która jest dla niego czuła i go kocha(a tego nie znał wcześniej), lub zakochuje się we własnej matce (projektuje miłość  na starsza kobietę która tą matkę reprezentuje – w sferze podświadomej) budząc pożądanie do matki oraz wrogość wobec własnego ojca (np obecnego partnera który paradoksomanie jest w wieku jego ojca), wrogość która owocuje lękiem przed karą ze strony ojca właśnie (jest to lęk przed kastracją (lęk kastracyjny)., i mamy tu gotowy przykład skrajnej patologi, gdzie dwie zaburzone i chore osoby, chcą tworzyć zdrową relacje, ale są na tak wysokiej amplitudzie emocjonalnej, którą jedna ze stron, lub obje nazywa: miłością (a która nią zdecydowanie nie jest) tworzą tym samym „związek wyparcia”  i nie chcą widzieć tej chorej relacji która nie ma żadnej przyszłości.
Oboje negują opinie środowiska, opinie rodziny, sąsiadów, kolegów z pracy, czy wreszcie najbardziej wartościowej prawdziwych przyjaciół,  koncertując się tylko na osobach które taką chorą relacje wspiera. Dodatkowo tworzą sobie cały sztab „wirtualnych przyjaciół poklepywaczy”  by utrzymać jak najdłużej ten zamek na piasku (dziś to bardzo powszechne jest, że wyjaławia sie (sortuje) środowisko ludzi, którzy chcą ci pokazać prawdę – bo dbają o ciebie, na rzecz klakierów i poklepywaczy, którzy maja cie gdzieś, ale wspierają cie w Twojej halucynacji na temat relacji w której jesteś.
Towarzysząc tym samym patologiczny ekosystem, który jest pozbawiony racjonalnej, obiektywnej i konstruktywnej krytyki – dzięki któremu życie człowieka staje się bardziej obiektywne i autentyczne, bo nie zakłamuje rzeczywistości, żyjąc w prawdzie bez względu jak może być bolesna, no ale do takich postaw nie ma dostępu nikt kto żyje w kłamstwie, bo oboje funkcjonują na poziomie nie świadomym – słowem chory nie wie że jest chory, albo jest w tak silnym mechanizmie iluzji i zaprzeczeń że nigdy nie zaakceptuje tego że ma problem i chorobę z którą żyje (oraz wszelkie zachowania z tym związane, jak zdrada, rozwiązłość seksualna, nałogowe i kompulsywne zachowania, samo destrukcje, skrajny narcyzm itd) będzie nazywać normą… co jest specyficzne np u osób uzależnionych, gdzie osoba uzależniona (od substancji chemicznych, od chorej miłości, od seksu (SLA), współuzależnionych itd) buduje sobie świat iluzji i zaprzeczeń, tworząc normy w których może egzystować, tylko po to by… nie zwariować i nie odczuwać konsekwencji poczucia winy.
Racjonalizacje są tak silne, że zdrada jest winą partnera który w związku się nie starał i nie dawał szczęścia… co jest oczywiscie drogą donikąd, a raczej do tego by żyć w rozwiązłym patologicznym chaosie i niszczyć siebie i innych., bo to wszystko ma swoje konsekwencje, cena za którą trzeba za to zapłacić. Wszytko to jest tragiczne i oczywiscie jest w konsekwencji dramatem dla wszystkich w takim układzie, zdradzających i zdradzanego.

Nie zrozumcie mnie źle, bo podaje tu jeden bardzo wyraźny przykład, jeśli związek jest tragiczny, wręcz dramatyczny, dajmy na to kobieta żyje w przemocy, mąż czy partner się nad nią znęca psychicznie albo fizycznie, bije, jest alkoholikiem który wtacza się do domu siejąc terror itd to w tak skrajnych przypadkach jest to zwyczajna forma ucieczki do normalności nawet na chwile (co tez nie gwarantuje ze kolejny związek będzie normalny, bo to jest zwyczajne współuzależnienie, a ten mechanizm który nie jest leczony będzie powielany w kolejnych relacjach- nie świadomie) ale mówmy tu o stosunkowo stabilnym normalnym związku, gdzie zdradzany jest mocno zaskoczony i zszokowany że poszło to w takim kierunku, to jest właśnie ta nieuczciwość to jest ta patologia i to jest dramat dla wszystkich stron układu, no tyle że sobą która zdradziła szybko skoczyła na dużą amplitudę emocjonowaną na takim haju podjęła wiadomą decyzje o zerwaniu bo chciała kontynuować nowa relacje bez wyrzutów sumienia (sumienia które i tak jest mocno wątpliwe w tej sytuacji) i jej życie jest stosunkowo stabilne i można przez chwile egzystować, ciesząc się ułuda szczęścia w nowej (ale chorej) relacji, to jak strzał kokainy, pijany trans który trwa kilka miesięcy, potem opadnie kurz endorfin i oksytocyny, i osoba która zdradziła, budzi się z ogromnym kacem moralnym, poczuciem wstydu i winy… i co wtedy  robi? oczywiscie szuka kolejnego partnera, by ten ból ugasić, tak samo jak alkoholik czy narkoman sięga po kieliszek czy kolejny strzał heroiny.

Ten model jest mocno uniwersalny, mimo ze wielu ludzi tego nie dostrzega, a już na pewno ktoś kto egzystuje (bo trudno to nazwać życiem) w takim toksycznym środowisku które sam sobie tworzy. Tu jednym lekarstwem jest odkłamanie swojego życia, praca ze specjalistą, terapią i skupienie na leczeniu choroby a nie (co jest powszechne) usuwanie destrukcyjnych efektów tej choroby kolejnym klinem, kolejnym plastrem na stary związek, kolejną zakładką i kolejna zdradą, kolejny słabym prymitywnym narzędziowym seksem i bezsensownymi płytkimi relacjami które sa krótkotrwale, burzliwe i pozbawione większego sensu, a będzie coraz gorzej, bo to wszystko wraca i trzeba ten ból czym gasić i budować nowe iluzje i racjonalizacje.

Zwróćcie uwagę że nie ma tu miejsca na żałobę po starym związku, nie ma tu miejsca na refleksje nad relacją, ani jego analizy, co poszło nie tak, nie ma tu świadomościowi własnych uczuć, nie ma tu miejsca na współczucie do zranionego cierpiącego partnera, nie ma tu odpowiedzialności co się dzieje ze odrzuconym partnerem, tu jest tylko i wyłącznie egoistyczna potrzeba zaspakajania własnych emocjonalnych potrzeb, które są spowodowane własna chorobą i kłamstwem, nieuczciwością w którym taka osoba żyje. Ten model jest uniwersalny i nie ma znaczenia czy kobieta zdradza czy facet, czy jest dysproporcja miedzy partnerami wieku czy nie, każda zdrada ma takie samo podłoże, jest to podłoże emocjonalne czyli brak dojrzałości emocjonalnej, odpowiedzialności, skrajnego egoizmu, zablokowanej całej gamy uczuć, połamanego kręgosłupa morno-etycznego, empatii, zrozumienia siebie i partnera, wzajemnego szacunku i miłości czy wreszcie duchowej głębokiej relacji do której dorasta może jakieś 15% społeczeństwa. Ktoś kto tego nie rozumie, a raczej nie czuje, nie jest świadoma  siebie i jest osoba nie moralną, która nie ma żadnych skrupułów, względem drugiej osoby którą traktuje podmiotowo a siebie oczywiście nie szanuje. Będzie również zakładać maski tylko żeby utrzymać te iluzje normalności i szczęścia, po to by ukryć prawdziwą intencje tej relacji. Tyle tylko że takie maski kłamstwa, zakładane co dziennie zużywają masę energii, a osoba taka przez utrzymywaną na siłe niską moralność i kłamstwa będzie się degenerować w każdym aspekcie życia… w tak szybkim tempie że w końcu nadejdzie ogromny kryzys który może ja z takiej matni obudzić, albo nie (bo co cie nie zabije, to cie nie zabije) i wtedy będzie do końca życia nieszczęśliwym człowiekiem który przez całe życie ranił tylko innych i siebie dla swoich egoistycznych potrzeb. Myślę że w konsekwencji nawet osoba zdradzona, dojdzie do wniosku że taka osoba jest bardzo chora i wymaga od zdradzanego (paradoksomanie) współczucia, a nie pogardy, przebaczenia a nie chowanych uraz które niszczą tylko osobę która te urazy chowa. Bowiem życie tej chorej osoby to ogrom cierpienia, poniżeń, upadków, życiowych dramatów, porażek i całej masy problemów z którymi sobie będzie coraz słabiej radzić, może nawet wpadać w kolejne silne i poważne nałogi, uzależnienia od substancji chemicznych które mogą ja zniszczyć a nawet zabić itd nawet jeśli dziś tego nie dostrzega i nie jest tego świadomie z powodów które wymieniłem wcześniej.

Kolejny element to: presja społeczna, dlaczego na ten przykład kobieta zdradza i szuka szybko drugiego partnera żeby tylko zachować iluzoryczne szczęście wchodząc do kolejnej relacji (w trakcie trwania starej) i wchodzi błyskawicznie w nowy związek (na zakładkę)?
Tu znów przypomnę tylko o kobiecym wypełnianiu własnych deficytów  i posiadaniem faceta u boku. Myślę, że jest to niestety efekt takiego traktowania kobiet – nie jestem pewien, czy wszędzie, nie sądzę, ale w kraju nad Wisłą na pewno. Masz faceta, znaczy jesteś pełnowartościową, masz jasny dowód społeczny na to, że ktoś cię zechciał, zatem twoja wartość jako kobiety została potwierdzona. Tym samym możesz sobie np zmienić status na Facebooku i brylować na oczach zebranej gawiedzi, nadal jako kobieta która ktoś zechciał (jeszcze ci pogratulują nie mając pojęcia z kim jesteś w tym związku , czytaj przykład pierwszy: mamusia-syn ;)), tym bardziej że powiedzmy w wieku bliskim np 50 lat nie jest to takie oczywiste jak np w wieku lat 20stu.  Natomiast jaki to jest związek, jaki partner, jak układają się wasze relacje i czy w ogóle jest to związek, czy fikcja kontynuowana tylko w internecie i na odległość – to już kwestia zupełnie wtórna, ponieważ nikt tak naprawdę oprócz tych dwojga o tym nie wie, to są sprawy zakulisowe, tak samo jak budowanie wizerunku firmy w biznesie, to nie fakty, tylko element gry w tym wypadku statusowej który tylko podsyca stan iluzji w której oboje żyją.
O wartości kobiety w oczach społeczeństwa i jej samej (jeśli nie jest świadoma tego modelu) w jej własnych oczach, świadczy fakt posiadania partnera. Czyli czynnikiem który wpływa na jej poczucie własnej wartości, jest sam fakt posiadania partnera (bez względu jakiego) a nie jakość tej relacji ani partnera ( co zdecydowanie świadczy i bardzo niskim poczuci własnej wartości i niskich standardach i pobudek takich osób), drugorzędną ale istotną korzyścią jest wypełnianie deficytu samotności po zaskoczonym związku (zakładka). Natomiast trzeba tutaj dużej odwagi, wiwisekcji i dojrzałości, żeby pozbyć się tego przeświadczenia na własny temat, szczególnie, że opinia publiczna, czy programy rodzinne, czy dogmaty religijne tego nie ułatwiają. Znów się tu kłania samoświadomość własnych ograniczeń oraz co tu gadać dysfunkcji. Nikt normalny kto choćby posiada empatie czy ludzką przyzwoitość, by zrozumieć  ze rzucany partner będzie cierpieć, nie będzie wchodzić w kolejny związek nie kończąc obecnego, nie dając sobie przestrzeni na wszystkie fazy które towarzyszą końcowi relacji, pomijając już wcześniej wspomniane elementy, jak uczucia, etyka, moralność, empatia miłość,szacunek itd które składają się na całość zarówno trwania związku, początku jak i jego końca.

Wszystko co do tej pory tu pisałem pokazuje właściwie ekstremum czyli osoba zdradzająca znajduje sobie nowego partnera po czym kończy relacje w starym związku. Natomiast zdążają się znów zdrady które są tylko po to, by zaspakajać własne potrzeby, które nie są zaspakajane w relacji, ale ze związku nie wychodzą dalej aktywnie w nim partycypując, czyli ta przysłowiowa kochanka, kochanek np. Tak wiec jedna osoba zdradza swojego partnera, bo np. nie uprawiają ze sobą seksu (brak pożycia) albo jest on niesatysfakcjonujący, wiec szuka nowego partnera z którym tylko wyłącznie zaspakaja te właśnie potrzebę, dzieje się to miedzy innymi  dlatego ze partnerzy nie są świadomi własnych potrzeb i nie potrafią o te potrzeby się upominać albo komunikować o ich potrzebie, krótko mówiąc: w systemie nie działa komunikacja w której oboje partnerów jasno i wyraźnie określają swoje potrzeby, zamiast tego szukają ich po za systemem. Pomijając znów moralność czy etykę takich działań i cholernie niskich standardów jest to inna strona, ale tego samego medalu. Co prawda nie mówimy już to o chorobie i skrajnej dysfunkcji ale braku umiejętności komunikacji, wyrażania własnych uczuć albo te chęci do takiej rozmowy, w tym wypadku wiele małżeństw czy związków partnerskich sięga po terapie dla par i takiej tragedii można uniknąć, tylko jak to się mówi do tanga trzeba dwojga, jeśli jedno wybierze drogę na skróty, to się okażę że popalone mosty nigdy się nie odbudują, a i  zdruzgotane zaufanie nigdy nie zostanie odbudowane, mimo późniejszej szczerości w takim związku czy próbie wybaczenia.
Wiec z mojej perspektywy lepiej jest dmuchać na zimne i budując związek nauczyć się sobą rozmawiać, przy pomocy mediatora jakim jest psycholog, terapeuta czy coach. Wtedy to można budować świadomą relacje dojrzałych ludzi którzy tworzą zdrowy ekosystem i w nim się rozwijają, czerpiąc radość, szczęście i miłości i progresu zmian dzięki którym wspólnie rosną. Tylko ze to znów wymaga odwagi, determinacji i pracy obojga partnerów, a nie bierności i chodzeniem na skróty.

Rachunek zysków i strat

Jak się człowiek z tego otrząśnie, to widzi że to paradoksomanie jedna z najlepszych rzeczy jaka mu się przytrafiła w życiu, bo zeszły maski które ci ludzie zakładali każdego dnia, by ukryć własne manipulacje i nieuczciwość, pokazali cała prawdę o sobie, i człowiek już nie musi się niczym łudzić i mamić z kim był i na jakim poziomie energetycznym, umysłowym i emocjonalnym oraz etycznym i moralnym, a nie co na ten temat do tej pory sądziliśmy.
Zaczyna się nowe życie, bez toksycznej osoby która do nas absolutnie nigdy nie pasowała, którą idealizowaliśmy i żyjąc w iluzji i teatrze masek kochaliśmy… w sumie należy im współczuć ze żebrując o miłość,że upadlają się w namiastce sztucznej miłości, ze nie potrafią tworzyć wartości i prawdziwej miłości… ze upadli tak nisko…. a my idziemy w inna stronę patrzeć na nowe horyzonty, nowe możliwości, zostawiać za sobą zgliszcza i nawóz, na którym buduje się nowa piękna osobowość, która kocha siebie i świat i do swojego życia przyciągnie odpowiednia osobę która doskonale to rozumie, czego wam wszyscy zdradzeni życzę :)

 

Ciekawe artykuły: